Jak ten czas leci…niedługo minie już pół roku od chwili gdy nie ma z nami Cezarego –
ojca, męża, przyjaciela. Cezarego Krawczyka, profesora, wykładowcy, wynalazcy oraz nade wszystko wielkiego miłośnika kultury i sztuki. Był w nich (niej) zakochany miłością równą do żony i córki a wcześniej matki. Pamiętam jak dziś, kiedy razem spacerowaliśmy w jednym z urokliwych lasów jury krakowsko –częstochowskiej, kiedy to jeszcze zdrowie i kondycja fizyczna Cezaremu dopisywały na tyle aby zakosztować przyrody nie tylko powierzchownie ale i głębiej zapuścić się tam gdzie nie dochodzi warkot samochodów a słychać tylko śpiew ptaków…pamiętam jak dziś gdy powiedział mi o swojej chorobie oraz o tym, że jeden z celów swojego życia już zrealizował. Tym celem było godne zaopiekowanie się matką i towarzyszenie jej do końca, końca ludzkiej drogi za którą pamięć zarysu postaci rozmazująca się w grotgerowskiej mgle jest coraz dalsza bliższa za to pamięć o czynach i uczynkach. Dopiero potem, gdy nastąpi to co nie uniknione – powiedział; mogę odejść. Marzył o książce o swoim przyjacielu, muzyku, mistrzu Józefie Skrzeku. W końcu napisał, napisał dzieło życia choć wydać już jej nie zdołał. Zdołał wydać jedynie lub aż biorąc pod uwagę ciężką chorobę z którą zmagał na co dzień Spotkania z kulturą Cezarego Krawczyka. Miałem zaszczyt być przeprowadzającym wywiad a raczej umożliwiającym narrację, którą Cezary prowadził dla czytelników, dla rodziny, pro publico bono et pro bono. A mówił o wszystkim co widział, o zespołach muzycznych o malarstwie, pomnikach, poezji, kulturze regionalnej Śląska, wybitnych osobowościach, które z tej kultury się narodziły i stały się jej symbolem nie tylko w wymiarze regionalnym ale również w szerszym ogólnonarodowym. Mówił z pasją jakby nie było choroby, jakby nie było tego na co czekał a było to nieuniknione będące jedynie kwestią czasu….
Zadzwoniłem do Niego rano, w ciepły dzień. Słońce już dobrze wystawało nad horyzont. Był w trasie, znowu gdzieś jechał, coś załatwiał, gnał przed siebie ale nie dla siebie dla innych….Umówimy się w sobotę? Zapytałem. Tam gdzie zawsze dodałem jakby mimochodem. W lasach otaczających rabsztyński zamek podkreśliłem – nie słysząc jego tubalnego radosnego zawsze głosu. Dobrze odpowiedział nieco zmęczonym, jakby nie należącym do Niego głosem. Drgnąłem wiedziony jakimś przeczuciem ale szybko doszedłem do wniosku iż to tylko zły dzień, jakich wiele w naszym życiu. Pewnie jest zmęczony a może, może ktoś Go zdenerwował. Kilka godzin później zadzwoniła córka, z którą zdążył się jedynie pożegnać dojeżdżając na czas, jak zwykle, inaczej być nie mogło. Nawet na własną śmierć się nie spóźnił….taki był Cezary Krawczyk, mój przyjaciel, mentor, jedna z tak charakterystycznych, twardych, śląskich postaci wykutych niczym figury pomnika na Górze Świętej Anny.
Dziś nie ma już wśród nas Cezarego Krawczyka, pozostało jednak jego dziedzictwo. Została również Jego córka, która została wykładowcą akademickim kontynuującym dzieło swojego Ojca. A więc jest jeszcze gdzie zadzwonić, porozmawiać. Cezary zadbał o wszystko, nawet o to co będzie po Jego Śmierci…
Wieczne Odpoczywanie….
Rodzina
oraz narrator krótkiej opowieści o tym iż, był kiedyś TAKI CZŁOWIEK
dr hab Robert Kłaczyński prof. UKEN